ZIOMEK US POLONIA

ZIOMEK US  CHEŁM   ZIOMEK US  DOBRYNIN  ZIOMEK US CZĘSTOCHOWA  ZIOMEK US SZCZECIN

There is no video clip yet

There is no video clip yet

NASZE MIASTA W PRASIE POLSKOJĘZYCZNEJ

Jurand ze Szczecina- Ga-ze-ta vel one-t pogardliwie o kato-likach.

Wygodne strofy z wygodnej SOFY niekato-lika ?!
Flesch mnie oświecił-Tischnerowa, góralska prawda.
Już raz Gazeta w XX wieku ogłosiła puste kościoły. Po nagranym w Szczecinie filmie, o ogromnej liczbowo ulicznej procesji Bożego Ciała, okazało się, że Kościół to nie zabytkowe budowle. Kościół jak młode wino uderza do głów i wychodzi poza wypierdy ludzkiego umysłu. Zburzcie te świątynie a w trzy dni je postawię na pielgrzymkach, oazach, Drabinach, w domowym Kościele. Zagłuszanie eteru Radia przez spindoktorów też nic nie pomoże. W przyszłości i ta forma okazania miłości drugiemu człowiekowi wyda się zbyt DEO-NOWA> Deo to DEO ! Miłość. Nic nowe-go Gazeto Zaborcza nie wytworzysz. Dzielnie walczysz . Marks ma swoje pomniki w Brukseli…  . I to by było na tyle, jeśli chodzi o pogląd na świat, frakcji błękitnokrwistej, elity opłacanej na salonach[...].

Ojca Ludwika znam ze swojej parafii, gdzie głosił wspaniałe kazania ... i nie odważyłbym się drukować podobnych składanek-wycinanek wygodnych dla MA-MONY!

Cytat:

 

O. Ludwik Wiśniewski: Duchowieństwo musi spokornieć. Katolik powinien być antyklerykałem{}” .
  - Odczytanie podprogowe, w podświadomości wierzących:

Toż to…Wytyczne Politbiura KC PZPR zatwierdzone przez KC ZSRR, a pilnie realizowane przez STASI i inne tajne komanda międzynarodowej mafii za wyprane pieniądze w rajach podatkowych!

 

30 cze, 14:00

 

FACEBOOK | 739

 

TWITTER | 0

 

E-MAIL

 

KOPIUJ LINK 58 SKOMENTUJ

 

Jeżeli duchowni, poczynając od biskupów, zdobędą się na pokorę, wtedy będzie dobrze. Lecz, jeśli - powtórzę - duchowny - tak biskup, jak i proboszcz - będzie alfą i omegą, w świątyniach zobaczymy puste ławki - czytamy w książce o. Ludwika Wiśniewskiego. Artykuł ukazał się na stronach Deon.pl.

 

 

 

Książka "Nigdy nie układaj się ze złem. Pięćdziesiąt lat zmagań o Kościół i Polskę" ukazała się nakładem Wydawnictwa WAM. Oto jej fragment dotyczący klerykalizmu:

 

Uważam, że w Polsce, ale nie tylko w Polsce, uczciwy kato­lik powinien być antyklerykałem. Rola kleru jest przecież ograniczona. Gdy duchowni próbują rozpychać się, rządzić, sterować władzą, wchodzić na nie swoje pola, zaczyna być niebezpiecznie.

 

Klerykalizm to postawa, wedle której ksiądz traktuje świeckiego jak bezradne, głupie dziecko. Duchowny powie, gdzie jest zło, gdzie jest dobro, duchowny objaśni, wyjaśni, nakieruje, bo świecki niczego nie wie. Duchowny zna prawdę, świecki jest ślepy. A kto duchownemu dał do tego prawo? To musiało się źle skończyć.

 

Grzechy Kościoła, trudne momenty, cała miniona epoka winny być dla nas nauczką. Ale musimy też wyciągnąć wnioski z dnia dzisiejszego. Jeśli przeżyjemy to właściwie, nie zasłaniając się sutanną i rzekoma nadzwyczajnością księży, Kościół dobrze sobie poradzi. Lecz, jeśli - powtórzę - duchowny - tak biskup, jak i proboszcz - będzie alfą i omegą, w świątyniach zobaczymy puste ławki.

 

Jeżeli duchowni, poczynając od biskupów, zdobędą się na pokorę, wtedy będzie dobrze. Jeżeli natomiast Kościół zastygnie w butności, jeżeli będziemy oskarżać wszystkich wkoło, jeśli uwiedzie nas chęć uczestniczenia w polityce, jeśli będziemy czuli się uprawnieni do stanowienia prawa, źle widzę przyszłość. Jednak mam nadzieję, że duchowieństwo stanie się pokorne.

 

 

 

Kim jest o. Ludwik Wiśniewski?

 

 

 

Stasi umieściła go na liście sześćdziesięciu najbardziej niebezpiecznych polskich opozycjoni­stów. W duszpasterstwach akademickich, które prowadził, tworzył przestrzeń dialogu bezcenną w czasach PRL-u. Po 1989 roku nie przestał głosić Ewangelii wolności. Do dziś płaci za to wysoką cenę.

 

Odważna, inteligentna publicystyka o. Ludwika Wiśniewskiego pokazuje, w jaki sposób myśli człowiek wolny, wierzący, że "tylko prawda nas wyzwoli". Najwcześniejszy artykuł pochodzi z 1960 roku, gdy jego autor był młodym klerykiem. Ostatni, napisany w 2017 roku, odnosi się do najbardziej aktualnych problemów Polski i Kościoła.

 

Z listu do Edwarda Gierka:

 

"O ile ateizm wojujący jednostek, czy nawet całych grup (…) nie jest jeszcze dla społeczeństwa tragedią, o tyle ateizm wojujący państwa trzeba uznać za tragizm dla tego państwa i za tragizm dla ludzi w nim żyjących".

 

Z listu do Adama Michnika:

 

Zasada, że "można czynić mniejsze zło, aby uniknąć większego" musi być wyrzucona poza burtę naszej świadomości, jeśli chcemy przetrwać jako społeczeństwo i jako Naród. Nie jest bowiem wykluczone, że za jakiś czas znowu zjawi się zbawca i zechce nam zafundować "mniejsze zło".

 

Z listu do nuncjiusza Celestino Migliore:

 

Obym okazał się fałszywym proro­kiem: nie jest dobrze z polskim Kościołem. Jest duży, kolorowy, imponujący – ale tak naprawdę jest sztucznie nadmuchany jak balon. Boję się, że nie doceniamy zagrożeń.

 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa WAM i Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.

 

 

 

Wniosek z artykułu Onet: Obawa to jedno. Wiara to drugie. Prawda katolika jest taka: „Moce piekielne Go nie przemogą”.
Reasumując. - Bardzo mnie wzruszyła troska Gaze-ty o dobro kościoła( czytaj : wyborców)… .
Kilka listów o. Ludwika pominięto tu jednak milczeniem ;)) Taki Judaszowy „pocałunek śmierci”, na dalszą drogę, od nadredaktorów od życia parafii katolickich w Polsce?  Mała książeczka…Cara!
Dawniej IV Wydział do walki z Kościołem!

 - I będę Wam patrzył na łapy, wszak obiecałem Jerzemu.

 

Jurand ze Szczecina

 

PONAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM

Abp Głódź o wecie prezydenckim i o roli Kościoła w życiu publicznym

 

- Andrzej Duda nie jest malowanym prezydentem - mówi w rozmowie z KAI abp Sławoj Leszek Głódź. Metropolita gdański wyjaśnia, że prezydent, jako głowa państwa, musi stać ponad podziałami i dbać o dobro wspólne. I za to otrzymał podziękowania ze strony Kościoła. Podkreśla, że reforma systemu sprawiedliwości jest sprawą ważną i nie cierpiącą zwłoki. Przypomina, że Kościół ma prawo do oceny polityki od strony moralnej, a w pewnych wypadkach może powiedzieć nawet "Non possumus!"

 Agencja Gazeta Metropolita Gdański, arcybiskup Sławoj Leszek Głódź

 

Marcin Przeciszewski, KAI: Prezydent Duda uznał za konieczne zawetowanie dwóch ustaw: o KRS i Sądzie Najwyższym. Podziękowanie wyraził mu za to Przewodniczący Episkopatu, abp Stanisław Gądecki. W ten sposób linia Prezydenta uzyskała wyraźne poparcie Kościoła. Dlaczego ustawy te były nie do przyjęcia, także z punktu widzenia Kościoła?

 

Abp Sławoj Leszek Głódź: Przed tygodniem rozmawiałem telefonicznie z panem Prezydentem i podobnie jak abp Gądecki wyraziłem mu swoją aprobatę i uznanie za tę decyzję. Wiem, że decyzja ta nie była łatwa, z wielu znanych powodów. Ale ktoś musiał stanąć ponad podziałami. I za to jesteśmy wdzięczni.

 

Prezydent nie może też podpisywać tekstu ustawy, którego mu wcześniej nie przedstawiono do konsultacji. Było to zlekceważenie urzędu Prezydenta. Po drugie, wokół tych ustaw narosło tak duże napięcie społeczne, że trzeba było "spuścić powietrze" i sytuację unormować. I tak się stało.

 

A po trzecie, nie zapominajmy, że pan Prezydent zawetował dwie ustawy, a jedną podpisał: o sądach powszechnych. A jest ona jeszcze ważniejszą od zawetowanych ustaw o Sądzie Najwyższym i o Krajowej Radzie Sądownictwa. A to dlatego, że dotyczy ona sądownictwa powszechnego i 10 tys. sędziów. Jest to sprawa zasadnicza dla zreformowania pracy sądów. Ustawa ta, skoro została już podpisana przez Prezydenta, po upływie okresu "vacatio legis", niebawem wejdzie w życie.

 

A biorąc pod uwagę, że Sąd Najwyższy działał dotąd dość ospale, to nie ma większego znaczenia, czy ustawa o nim będzie przyjęta teraz, czy za pół roku.

 

Natomiast Prezydent - i taka jest rola głowy państwa - musi być we wszystkich sprawach ponad. I to dotyczy zarówno polityki wewnętrznej, polityki zagranicznej czy obronności kraju, a konkretnie sił zbrojnych. Andrzej Duda nie jest malowanym prezydentem.

 

Ale jednocześnie prezydent u nas jest w trudnej roli, bowiem Konstytucja nie plasuje go wysoko, tak jak jest to np. w Stanach Zjednoczonych czy w wielu innych krajach. Mimo to korzysta z prerogatyw, jakimi dysponuje, co właśnie pokazał. Powiedziałem to Panu Prezydentowi i oczywiście podzielam stanowisko Przewodniczącego Episkopatu. Chodzi tu bowiem o dobro wspólne Polaków i o harmonię społeczną.

 

W jakim kierunku powinny iść ustawy dotyczące reformy sytemu sprawiedliwości? Znamy stanowisko katolickiej nauki społecznej oraz liczne wypowiedzi Jana Pawła II, mówiące o konieczności istnienia jasnego trójpodziału władz, ich wzajemnej autonomii, tak aby jedna władza nie dominowała nad drugą.

 

Troska o harmonijne relacje pomiędzy każdą z tych władz, to także rola głowy państwa. Prezydent nad tym musi czuwać. Tak aby każda z władz - ustawodawcza, czyli parlament, wykonawcza oraz sądownicza - wypełniała swoje zadania ale i nie zagarniała pola pozostałym.

 

Warto przy tym dodać, że dzisiaj mamy nie tylko te trzy władze, ale i czwartą, gdyż dochodzą media. Nie jest to więc już klasyczny trójpodział władz według Monteskiusza. Świat się zmienia, żyjemy w innej epoce, niż 200 lat temu.

 

Wszyscy jesteśmy przekonani o konieczności reformy systemu sprawiedliwości, ale jak teraz - po wecie prezydenckim - winna ona zostać dokonana?

 

Reforma polskiego systemu sprawiedliwości jest sprawą ważną i nie cierpiącą zwłoki. Nie można tego przeciągać. Ale jednocześnie projekty ustaw trzeba dopracować. Mamy w Polsce tyle ośrodków prawniczych, że nie można pisać ustawy, która jest niespójna, nieprecyzyjna, i jeszcze z ewidentnymi błędami.

 

Czy Ksiądz Arcybiskup ma nadzieję, że z inicjatywy prezydenta Dudy zostaną teraz przygotowane takie ustawy?

 

Ufam, że tak będzie, ale nie oznacza to, że wszyscy temu przyklasną. Zobaczymy! Francuzi mówią "on verra!", a Rosjanie "posmotrim, uwidzim!". Ale z pewnością idziemy w dobrym kierunku i tak się stanie. Tym bardziej, że większość społeczeństwa jest po stronie władzy i pragnie reformy systemu sprawiedliwości. A z opinią publiczną trzeba się liczyć.

 

A jak można zdefiniować rolę Kościoła w sytuacji takich kryzysów, jakie przeżywamy obecnie?

 

Jest ona z pewnością inna niż 30 lat temu, w systemie totalitarnym. Rola Kościoła się zmieniła. A to dlatego, że istnieją już struktury państwowe, Kościół więc nie musi ich wyręczać, np. wkraczać w pewne dziedziny, tak jak to było w latach 70-tych czy 80-tych. Mamy też Konkordat, który mówi o potrzebie "wzajemnej autonomii" państwa i Kościoła, znamy swoje miejsce w szyku. Ale Konkordat mówi też o potrzebie wzajemnej współpracy dla dobra wspólnego, gdyż zarówno Kościół jak i państwo troszczą się o tych samych obywateli, ale w innych sferach.

 

Dlatego dobry polityk nie powinien lekceważyć roli Kościoła, a takie tendencje widzimy z różnych stron. Nawet Gierek i Jaruzelski, choć nie mieli nic wspólnego z Kościołem, wiedzieli, gdzie jest Miodowa 17, siedziba prymasów Wyszyńskiego czy Glempa. Niestety o tym dziś często zapominają politycy, nie tylko nasi, ale także ci zza granicy. Nic zresztą dziwnego, gdyż w krajach zachodnich rola Kościoła jest zmarginalizowana, sprawy Kościoła nie interesują ani mediów, ani polityków. Natomiast w Polsce rola ta jest inna.

 

Kościół jest wciąż istotnym autorytetem w życiu publicznym.

 

I dlatego biskupi wypowiadają się także w sprawach społecznych czy - jeśli zajdzie uzasadniona potrzeba - także i politycznych. Kościół ma prawo do oceny od strony moralnej działań w sferze polityki, bowiem chodzi o dobro człowieka. Kościół zabiera głos w poczuciu dobra wspólnego, tego nadrzędnego dobra jakim jest dobro obywateli i dobro ojczyzny. Upominamy się też o prawa, w tym sensie, aby prawo stanowione nie godziło w prawo naturalne czy w prawo Boże. A często widzimy pokusę wkraczania prawa stanowionego na teren moralności bądź etyki katolickiej - w sprzeczności z nią. Wtedy mówimy "Non possumus!".

 

 

 

DLACZEGO BANKI MUSZĄ BYĆ POLSKIE ?! - MAGICY I ICH POMOCNICY... .

Były prezes Deutsche Bank Anshu Jain bedzie "prezydentem" na Wall Street

 

publikacja: 03.01.2017

 

aktualizacja: 03.01.2017, 13:23

 

Anshu Jain Foto: Bloomberg

 

Były prezes Deutsche Bank Anshu Jain ma nową pracę na Wall Street.

 

Anshu Jain ma zostać "prezydentem" banku inwestycyjnego Cantor Fitzgerald - informuje "The New York Times". Razem z prezesem zarządu Howardem Lutnickiem ma się zajmować budową strategii wzrostu banku. Jain ma pracować w Londynie i nie będzie brał udziału w bieżącej działalności banku - poinformował Lutnick w rozmowie z "Wall Street Journal".

 

Według amerykańskich mediów stanowisko "prezydenta" powstało specjalnie dla byłego prezesa Deutsche Bank. Cantor Fitzgerald chce by Jain pomógł mu w ekspansji na rynku akcji i pożyczek. Amerykański bank liczy zwłaszcza na rozwój na rynku azjatyckim.

 

Anshu Jain pracował w latach 1995 - 2015 dla Deutsche Banku. Ostatnio był współprezesem z Jürgenem Fitschenem - w latach 2012 - 2015. Jednak latem 2015 roku podał się do dymisji po rosnącej krytyce ze strony akcjonariuszy.

 

Zdaniem analityków nowe stanowisko to "krok do tyłu" w karierze byłego prezesa największego banku Niemiec i gdyby nie nie dymisja z tego stanowiska, to Cantor Fitzgerald nie miałby szansy na zatrudnienie Jaina.

 

CFLP powstał w 1945 roku jako bank inwestycyjny i broker biznesowy z siedzibą w Nowym Jorku. Obecnie posiada 100 biur terenowych i zatrudnia ponad 10 tys. osób na całym świecie.

 

53-letni Jain pochodzi z Jaipuru w Indiach, ale obecnie mieszka wraz z rodziną w Londynie i jest obywatelem brytyjskim. Wcześniej pracował w Kidder, Peabody & Co. oraz banku Merrill Lynch.

 

Jego kuzyn Ajit Jain jest typowany jako jeden z następców Warrena Buffetta na stanowisku prezesa holdingu Berkshire Hathaway.

 

Założyciele Mossac Fonseca aresztowani. Mogli mieć związek z gigantycznym kryzysem w Brazylii

 

Fot. PAP/EPA

 

Dwa założyciele słynnej panamskiej kancelarii Mossac Fonseca zostali w sobotę aresztowani – informuje Reuters. Podejrzewa się ich o to, że uczestniczyli w praniu brudnych pieniędzy w aferze Petrobrasu, która wstrząsnęła Brazylią i doprowadziła do gigantycznego kryzysu politycznego, m.in. aresztowania czołowych polityków.

 

W sobotę Jurgen Mossack i Ramon Fonseca zostali aresztowani. Służby obawiały się, że mogą uciec za granicę. Śledztwo, które doprowadziło do aresztowania trwało rok i wspomagali je prokuratorzy z Brazylii, Peru, Ekwadoru, Kolumbii, Szwajcarii i Stanów Zjednoczonych.

 

Założyciele panamskiej kancelarii, o której zrobiło się na całym świecie głośno w ubiegłym roku w związku z tzw. aferą Panama Papers, oskarżeni są o pranie brudnych pieniędzy w innej głośnej aferze.

 

Chodzi o gigantyczną korupcję wokół państwowego koncernu naftowego Petrobras w Brazylii. Ujawnienie mechanizmu korupcyjnego, na którym nielegalnie wzbogacali się poliutycy wszystkich partii politycznych w Brazylii, zatrzęsło tamtejszą sceną polityczną, ale również całą branżą budowlaną.

 

Obecnie właściciele dziesięciu największych firm budowlanych w Brazylii siedzą w więzieniach, podobnie jak przewodniczący obu izb parlamentu, którzy na razie są w areszcie. W aferę zamieszanych jest ponad połowa deputowanych w Brazylii, a ujawnienie gigantycznej korupcji doprowadziło, choć nie bezpośrednio, do tzw. zamachu stanu w białych rękawiczkach. Prezydent Dilma Roussef została odsunięta od władzy w procedurze impeachmentu, mimo że nie było do tego jasnych przesłanek. Prawdopodobnie była ona jednak zagrożeniem dla tych, którzy byli zamieszani w aferę Petrobrasu.

 

Co ciekawe, władzę po prezydent Roussef przejął wiceprezydent Michel Temer, który sam ma na koncie wyroki i zakaz sprawowania władzy na osiem lat. A WikiLeaks twierdzi, że od lat szpieguje na rzecz USA, o czym pisaliśmy w WP money.

 

Jak pisze Reuters, twórcy panamskiej kancelarii nie przyznają się do winy, a ich prawnicy twierdzą, że zgromadzone przeciwko nim dowody są „słabe”.

 

Polub WP money na Faceboku:

 

korupcja w petrobras, afera panama papers

 

 

 

SKOK NA GŁÓWKĘ W IMAŻ WCZEŚNIEJSZEJ EMERYTURY ?! PRASA TYLKO DLA BOGATYCH...? - PRAWO PRASOWE ... - A TEMAT NASZ, ŻYCIE NASZE, BIEDA NASZA, DANE NASZE !

Dane Zakładu Ubezpieczeń Społecznych pokazują, że bardzo szybko rośnie atrakcyjność wypłat pełniących funkcję wcześniejszej emerytury.

 

Potwierdza się, że PiS odwracając reformę emerytalną PO-PSL, trafił celnie. Rośnie grupa Polaków niezainteresowanych dłuższą pracą.

 

Do września wiek emerytalny będzie podwyższany w oparciu o zasady wprowadzone przez poprzedni rząd. Nowe przepisy obniżające go do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn wejdą w życie od października. Do tego czasu można spodziewać się wzmożonego zainteresowania korzystaniem z metod pozwalających na sztuczne skrócenie czasu pracy. Podobny trend nasilił się czytelnie w ub.r.

 

Emerytury może wcześniejsze, ale pracować trzeba będzie do śmierci

 

Obecnie dla osób w wieku przedemerytalnym dostępne są cztery świadczenia mogące pełnić funkcję wcześniejszej emerytury. Trzy z nich zostały wprowadzone w wyniku likwidacji wcześniejszych emerytur lub wydłużenia wieku emerytalnego. To emerytury częściowe, pomostowe i nauczycielskie świadczenia kompensacyjne. W przypadku tych świadczeń w ub.r. nastąpił kilkudziesięcioprocentowy wzrost liczby osób, które je pobierają. Czwarty rodzaj to świadczenia przedemerytalne wprowadzone w 2004 r. Tu korzystających jest najwięcej, ale wzrost był minimalny.

 

Największym hitem okazały się emerytury częściowe. W ciągu roku liczba osób pobierających je wzrosła aż o 78 proc., z 4,5 do 8 tys. świadczeniobiorców. To świadczenie pojawiło się na wniosek prezydenta Bronisława Komorowskiego jako działanie osłonowe przy wydłużaniu wieku emerytalnego. Dziś mogą z niego korzystać tylko mężczyźni, którzy ukończyli 65 lat, dla kobiet był przewidziany wiek 62 lata.

 

Duży wzrost liczby świadczeniobiorców – o blisko 30 proc. – nastąpił także w emeryturach pomostowych. Zostały wprowadzone jako rodzaj specjalnych wypłat dla osób, które pracują na szkodliwych dla zdrowia stanowiskach. W ciągu roku liczba tego typu osób zwiększyła się o ponad 4 tys.

 

Jeszcze jedna kategoria z dużym wzrostem liczby świadczeniobiorców to świadczenia nauczycielskie, wprowadzone jako rodzaj rekompensaty za pozbawienie nauczycieli prawa do wcześniejszej emerytury w 2009 r. Od listopada ub.r. liczba pedagogów korzystających z tych świadczeń wzrosła o połowę.

 

Wzrost w czwartej kategorii – świadczeń przedemerytalnych – był symboliczny, wyniósł niespełna procent. To jednak nie dziwi z uwagi na wysokość wypłat. W 2016 r. sięgała nieco ponad tysiąc złotych, podczas gdy pozostałe formy zastępujące wcześniejsze emerytury dawały średnio dwa razy wyższy dochód. Świadczenie nauczycielskie wyniosło przeciętnie 2,1 tys. zł. Minimalnie niższa była przeciętna emerytura częściowa, a pomostowa dawała 2,4 tys. zł.

 

Skąd ten wzrost?

 

Jak wynika z naszych rozmów z ekspertami, znaczny wzrost liczby takich zamienników wcześniejszej emerytury to efekt niezgody części Polaków na wydłużenie wieku emerytalnego. Dodatkowo część osób szuka pewnego materialnego zabezpieczenia, zanim otrzyma emeryturę. Mimo niezłej sytuacji na rynku pracy, osoby, które stracą zatrudnienie w wieku przedemerytalnym, mają kłopoty ze znalezieniem nowego zajęcia. – Pracodawcy nie kwapią się do zatrudniania takich osób – uważa Henryk Nakonieczny z NSZZ „Solidarność”.

 

Inny mechanizm zwiększający liczbę wypłat polega na tym, że osoby, które świadczenia wzięły wcześniej, z powodu podniesionej granicy wieku pobierają je dłużej. – To zjawisko jest wzmacniane efektem demograficznym, bo prawa do wypłat uzyskają wyżowe roczniki z lat 50., a wówczas rodziło się ponad 700 tys. dzieci rocznie – podkreśla ekonomista Maciej Bukowski.

 

Pojawia się także teoria, że część zmian napędziły planowane i wdrażane zmiany w sektorze publicznym, np. reforma edukacji. – Część osób, które mają uprawnienia, widząc zawirowania obawia się zmian, może chcieć skorzystać z przywilejów – argumentuje Wiesława Taranowska z OPZZ.

 

Takie będą skutki

 

Ponowne obniżenie wieku emerytalnego, które zacznie obowiązywać od października, zatrzyma zapewne wzrost wykorzystywania różnego rodzaju świadczeń przedemerytalnych. Nie będzie się to opłacać, skoro łatwiej można skorzystać z pełnej emerytury. Ekonomiści sądzą, że wzrost popularności świadczeń przedemerytalnych może świadczyć o tym, że nadzieje na dobrowolne pozostawanie na rynku pracy osób, które osiągną nowy, niższy wiek emerytalny, mogą okazać się złudne.

 

– Wszyscy, którzy będą mogli przejść na emeryturę wcześniej, zrobią to. Pytanie tylko, czy częściej będą odchodzić na emeryturę, czy raczej starać się łączyć z nią pracę – mówi Jakub Borowski, główny ekonomista banku Credit Agricole.

 

W jego opinii łączenie emerytury z zatrudnieniem jest szczególnie prawdopodobne w przypadku kobiet. Dla nich nowy niższy wiek emerytalny to 60 lat. Co oznacza, że wypłacane im świadczenia będą niskie. To będzie je zachęcać do aktywności na emeryturze. – Będą więc dalej pracować albo legalnie, albo na czarno. Skutek będzie taki, że negatywne dla rynku pracy skutki obniżenia wieku będą łagodzone, ale koszty dla finansów publicznych będą wysokie – ocenia Jakub Borowski.

 

To tym bardziej prawdopodobne, że do takiego układu mogą zachęcać również pracodawcy, którym połączenie "praca plus emerytura" również może się opłacać. Choćby przez zmianę warunków umowy o pracę (np. obniżkę płac), które – razem z zusowskim świadczeniem – i tak mogą być korzystne dla pracowników.

 

– Po obniżeniu wieku emerytalnego beneficjenci podzielą się na trzy grupy: tych, którzy nie skorzystają z prawa i będą dalej pracować, bo ZUS im wyliczy niską emeryturę, tych, którzy z niego skorzystają, oraz tych, którzy będą starali się to łączyć, traktując emeryturę jako dodatkowe źródło dochodów. Sądzę, że tych pierwszych będzie najmniej – mówi Jakub Borowski.

 

To oznacza duże obciążenie finansów publicznych kosztami zmian w systemie emerytalnym. Według wyliczeń ZUS dotacja budżetowa do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych będzie musiała wzrosnąć w ciągu dwóch najbliższych lat do 61 mld zł, z 46,7 mld zł obecnie. Rozwiązaniem mogłoby być ograniczenie możliwości łączenia emerytury z pracą: wówczas potencjalni emeryci mogliby mieć większą motywację do kontynuowania pracy ze względu na niskie emerytury. Rząd jednak nie zdecydował się na przedstawienie takich propozycji, choć o tym, jak robią to inne kraje, wiele napisano w ostatnim przeglądzie emerytalnym.

 

 

 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes.
Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

 

"TYLKO W DOMU" =>> PRAWDA ? PÓŁPRAWDA ? - I CAŁA PRAWDA MINISTER ZALEWSKIEJ. "DZIECI MOGĄ UCZYĆ SIĘ W DOGODNYM MIEJSCU. BEZ PRZYMUSU I TWARDYCH OGRANICZEŃ. ZABEZPIECZONO TYLKO MOŻLIWOŚĆ DOJAZDU NAUCZYCIELA DO DOMU DZIECKA ?

Dzieci z trudnościami będą mogły się uczyć tylko w domu. "Zamykanie ich w czterech ścianach byłoby barbarzyństwem"

 

Agnieszka Groza

 

7 wrz, 17:48

 

 

 

 

Foto: istock Nauczanie indywidualne – chaos i strach po zmianie przepisów

 

Dzieci wymagające specjalnej opieki, które przed reformą edukacji uczyły się w szkole w ramach nauczania indywidualnego, nie będą mogły już tego robić. Ministerstwo edukacji zapewnia, że chce dobrze, jednak rodzice są zrozpaczeni: "Zamykanie naszych dzieci w czterech ścianach domu to barbarzyństwo" – twierdzą. Zarzucają także MEN, że nie rozumie istoty konfliktu.

 

 

 

  • Nauczaniem indywidualnym objętych jest ok. 22 tys. uczniów, w tym dzieci z niepełnosprawnościami, ze spektrum autyzmu i zespołem Aspergera
  • Przed reformą edukacji mogli oni uczyć się zarówno w szkole, jak i w domu
  • Teraz ministerstwo zabrania tej pierwszej opcji, nauczanie indywidualne będzie mogło odbywać się tylko w domu
  • Dodatkowo pula godzin nauczania indywidualnego, dotąd odgórnie gwarantowana, teraz będzie jedynie "możliwa do uzyskania", co oznacza, że dla każdego dziecka rodzic będzie musiał się o nią "wystarać"

 

Bez rówieśników syn stanie się wyrzutkiem

 

Katarzyna Waliszek z Łodzi śpi ostatnio wyjątkowo niespokojnie i częściej niż zwykle sprawdza skrzynkę mailową. Chce być na bieżąco, gdyby stało się coś dającego nadzieję na zmianę szkolnych losów jej synów. – W świetle nowych przepisów dotyczących nauczania indywidualnego, moje dzieci polegną albo społecznie, albo edukacyjnie – mówi.

 

Młodszy syn Katarzyny, 13-letni Mateusz, jest autystykiem, uczy się w szkole podstawowej z oddziałami integracyjnymi. Od drugiego semestru miał mieć nauczanie indywidualne w szkole. Teraz, zgodnie z nowymi przepisami, nie będzie to możliwe. Starszy syn, 17-letni Kuba, ma zespół Aspergera. Jeszcze do końca tego semestru będzie się uczył indywidualnie. Co dalej? – Nie wiem. Trwam w zawieszeniu – przyznaje Katarzyna Waliszek.

 

Zgodnie z nowymi przepisami, nauczanie indywidualne, którym w Polsce objętych jest ok. 22 tys. uczniów, będzie mogło odbywać się tylko w domu, a nie jak dotąd, także na terenie szkoły. Zmiany najwięcej obaw i protestów budzą wśród rodziców dzieci z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, które często nie są w stanie uczyć się w szkole na

"normalnych zasadach", ale jak mówią
rodzice "zamykanie ich w czterech ścianach byłoby barbarzyństwem", dlatego też korzystały z możliwości nauczania indywidualnego na terenie szkoły. Dzięki temu miały zarówno kontakt z rówieśnikami, jak i warunki do nauki.

 

Zgodnie z nowymi przepisami będzie to niemożliwe. – Konieczność nauczania indywidualnego w domu oznacza dla nas, że Kuba przestanie ten dom opuszczać. Nie będzie miał znajomych, kolegów, nie będzie umiał odnaleźć się i zachować w świecie zewnętrznym – mówi Katarzyna Waliszek, która nie ma wątpliwości, że pozbawienie jej syna kontaktu z równieśnikami i możliwości funkcjonowania społecznego, spowoduje, że Kuba stanie się wyrzutkiem, a ludzie będą go uważać za dziwaka i ekscentryka. – Nauczanie indywidualne w domu jest dla nas tragedią. Nie widzę też możliwości, by zamiast niego mój syn poszedł do klasy z wieloma dziećmi. Próbowaliśmy już tego trzy lata temu i wtedy stało się najgorsze: poległ zarówno społecznie, jak i edukacyjnie – mówi Katarzyna Waliszek. – Kuba ze względu na rozpraszacze nie był w stanie skupić się na lekcji, sama obecność w klasie tak wielu osób powodowała u niego ataki agresji, syn miał też problem z włączaniem się w towarzystwo rówieśników. Dopiero nauczanie indywidualne spowodowało zmianę sytuacji. Syn się wyciszył, uspokoił, poszedł też do przodu edukacyjnie, na czym bardzo nam zależało, bo jest w wieku, kiedy wchodzi w dorosłość, musi się nauczyć jakiegoś zawodu, by iść do pracy i mieć z czego się utrzymać. Jeśli teraz przestanie wychodzić z domu, wszystko zostanie stracone.

 

O co w tym wszystkim chodzi?

 

Sytuacja sprzed reformy wyglądała tak: ok. 160 tysięcy polskich dzieci miało orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego ze względu na niepełnosprawność. Niektóre z nich posiadały także orzeczenie o potrzebie kształcenia indywidualnego, które zgodnie ze "starymi" regulacjami mogło być realizowane w domu, w szkole lub częściowo w domu i szkole. Grupa dzieci z orzeczeniem o potrzebie kształcenia indywidualnego to ok. 22 tysiące osób.

 

W teorii nauczanie indywidualne zostało stworzone dla dzieci, które stale lub przez jakiś czas nie mogą uczęszczać do szkoły. Na przykład w wyniku wypadku połamały ręce czy nogi, albo ich niepełnosprawność jest na tyle głęboka, że nie są w stanie opuszczać domu. Ponieważ jednak przepisy dopuszczały możliwość, że nauczanie indywidualne może odbywać się w szkole, część dzieci o mniejszym stopniu niepełnosprawności z tego korzystała. Dzięki temu mieli zapewnione i indywidualne podejście nauczyciela (nauczanie indywidualne odbywa się w relacji 1:1) i kontakt z równieśnikami.

 

– Wprowadzając reformę MEN zrobił coś, co teoretycznie jest słuszne, nastręcza natomiast mnóstwo problemów praktycznych – mówi dr Paweł Kubicki ze Stowarzyszenia Nie-Grzeczne Dzieci im. Hansa Aspergera, rzecznik uczniów niepełnosprawnych w projekcie "Wszystko Jasne", członek Komisji Ekspertów ds. Osób z Niepełnosprawnością przy Rzeczniku Praw Obywatelskich. – Ministerstwo uznało, że nauczanie indywidualne powinno realizować swoje pierwotne założenia, czyli być przeznaczone jedynie dla dzieci, które uczą się w domu. Pozostawiło jednak furtkę dla dzieci z niepełnosprawnościami, które wsparcie indywidualne w szkole mogą uzyskać w ramach orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego ze względu na niepełnosprawność lub w ramach pomocy psychologiczno-pedagogicznej dla pozostałych dzieci.

 

Była gwarancja, teraz trzeba będzie się "uszarpać"

 

Skąd w takim razie alarm podniesiony przez rodziców dzieci z niepełnosprawnościami, które dotąd w ramach nauczania indywidualnego uczyły się w szkole? – Przed reformą liczba godzin realizowanych w ramach nauczania indywidualnego była gwarantowana, podejmowało się tylko decyzję gdzie będą one realizowane: w domu czy w szkole. Teraz, jeśli rodzicowi te godziny dla swojego dziecka w ogóle uda się uszarpać, musi jeszcze "negocjować" ich liczbę – tłumaczy Paweł Kubicki.

 

Rodzic będzie więc, zgodnie z decyzją ministerstwa, "negocjował" z dyrektorem, a ten z samorządem prowadzącym szkołę, bo przecież sam decyzji o dodatkowym finansowaniu podjąć nie może. Jaka jest szansa, że tego typu "negocjacje" zakończą się sukcesem? – Niemal żadna – twierdzi Tomasz Michałowicz, prezes Fundacji JiM pomagającej dzieciom z autyzmem. – Dyrektora, który będzie chciał uzyskać pieniądze na nauczanie indywidualne dziecka z niepełnosprawnością, samorządowcy zapytają: "Czy to jest konieczne? Czy przepisy nas do tego zmuszają?". Gdy w odpowiedzi usłyszą "nie", żadnych pieniędzy nie dadzą. Jestem przekonany, że to rozwiązanie nie będzie działać. Gdy za rok sprawdzimy liczbę dzieci, które z niego skorzystają, to w całej Polsce będzie ich dosłownie kilkoro.

 

– Wieloletnia praktyka oświatowa pokazuje, że w tego typu dialogach najsłabszą stroną zawsze jest uczeń z rodzicem – potwierdza Paweł Kubicki ze Stowarzyszenia Nie-Grzeczne Dzieci. – Dotychczas bardzo trudno było sprawić, by dziecko z niepełnosprawnością otrzymało takie wsparcie, jakiego potrzebuje, o ile nie miało tego zagwarantowanego przepisami. Trudno przypuszczać, by teraz miało się to zmienić.

 

Problem dotyczy przede wszystkim uczniów ze spektrum autyzmu, w tym z zespołem Aspergera. Eksperci zgadzają się, że ich rodzice rzeczywiście mają powody do niepokoju. – Chaos związany ze zmianami jest tym większy, że w tej chwili samorządy wyłożyły pieniądze na tak zwaną likwidację gimnazjów – mówi Paweł Kubicki. – Dyrektorzy szkół próbują odnaleźć się w nowym systemie: przebudowują placówki, tworzą nowe sale, kupują sprzęty, zwalniają i zatrudniają nauczycieli. Pozycja jednego ucznia, który wymaga wsparcia i chce przebić się ze swoimi potrzebami przez problemy pięćsetosobowej szkoły jest, delikatnie mówiąc, słaba. Stąd obawy rodziców, którzy słusznie obawiają się zderzenia z systemem. W efekcie będą zmuszeni przenieść dziecko na nauczanie indywidualne w domu albo wycofać je do szkoły specjalnej. Tylko nieliczni będą mieć taką siłę przebicia albo dobry układ w szkole, że ich dzieci utrzymają się na nauczaniu włączającym.

 

Ministerstwo nie rozumie konfliktu?

 

Minister Anna Zalewska, komentując zmiany i obawy rodziców, mówiła w TVN24: "Przez rok czasu nie zmienia się jeszcze nic, a potem chcemy wreszcie, aby edukacja była włączająca".

 

Czy rzeczywiście w tym roku nic się nie zmieni?

 

Dzieci, które mają orzeczenie o nauczaniu indywidualnym, jeszcze w tym roku szkolnym mogą kontynuować naukę na starych zasadach. – Ważne obecnie orzeczenia będą się systematycznie kończyły. Pojawią się też dzieci wchodzące do systemu edukacji, które we wrześniu i październiku będą przeżywały dramat niedostosowania do sytuacji szkolnej i które w zeszłych latach w takiej sytuacji dostawały propozycję przejścia na nauczanie indywidualne – mówi Paweł Kubicki. – Teraz te dzieci będą już szły nowym trybem. Problem polega na tym, że nikt nie wie, jak ten tryb będzie wyglądał w praktyce. A dotychczasowe doświadczenia pokazują, że dzieciom z niepełnosprawnością nie udawało się uzyskać pełni swoich praw. Istnieje więc poważna obawa, że po reformie edukacji też im się to nie uda.

 

 

Rodziców nie przekonują także zapewnienia MEN dotyczące zindywidualizowanej ścieżki kształcenia, którą będzie można objąć ich dzieci. – Rozporządzenie w tej sprawie nie zostało jeszcze opublikowane. Nie mamy wglądu w jego treść, więc nie wiemy jak będzie wyglądało – mówi Katarzyny Waliszek. – Wiemy tyle, że żeby skorzystać ze zindywidualizowanej ścieżki kształcenia, trzeba będzie uzyskać opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej, ale niestety stracimy orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego, które w przypadku dzieci z niepełnosprawnościami jest konieczne, gdyż są w nim wytyczne dotyczące postępowania z tymi dziećmi, terapii prowadzonej na terenie szkoły oraz na jego podstawie mamy różne inne przywileje, m.in. bezpłatne przejazdy MPK przez cały rok. Jeśli stracimy orzeczenie, stracimy również prawo do godzin rewalidacyjnych w szkole i pozostałych zapisów w nim widniejących. Do tej pory tylko orzeczenia były obligatoryjne dla szkół, jak więc szkoła odniesie się do opinii? Jednoznaczne jest więc dla nas, że zindywidualizowana ścieżka edukacyjna nie jest przeznaczona dla dzieci z orzeczeniami o potrzebie kształcenia specjalnego, które jest konieczne do ich funkcjonowania w szkole. Wracamy zatem do nauczania indywidualnego tylko w domu, czyli rozwiązania, które dla takich dzieci jak moi synowie, jest najgorszym z możliwych.

 

– Z Warszawy, z ciemnego budynku przy al. Szucha, nie widać naszych dzieci i całego spektrum ich problemów – uważa Tomasz Michałowicz z Fundacji JiM. – Nie widać tego, że w razie kryzysu dziecko z autyzmem trzeba wycofać z grupy, ale niekoniecznie od razu skazywać je na samotność w domu. Ministerstwo ma pewnie dobre intencje i nie rozumie nawet całego konfliktu. A wystarczyłoby zaprosić rodziców i z nimi porozmawiać.

 

– Nie wiem, dlaczego niektórzy ludzie uważają nas za histeryków. Nie jesteśmy histerykami, my po prostu się boimy i dbamy o interesy naszych dzieci, które i tak mają w życiu pod górę – mówi Katarzyna Waliszek. – Wydaje mi się, że ministerstwo nie wie, co się dzieje w domach rodzin z dziećmi z autyzmem. Po ich decyzjach widać, że nie mają do czynienia z autystami.

 

Źródło: Onet

 

Agnieszka Groza Dziennikarka Onetu

 

Tematy: Szkoła, Rodzice



Moje osobiste zdanie do tego artykułu. Prawda. Należy być elastycznym w sytuacjach tak zmiennych i newralgicznych dla życia każdej rodziny z dzieckiem specjalnej troski. Sprostowania wymaga tu tylko to, iż wyłącznie w mediach słyszałem o przymusie uczenia dzieci specjalnej troski w domach ! - Podobną propagandę głoszą "cichoszepty" opozycji w kręgach aktywistów politycznych i partii opozycyjnych.

Pytanie jest aktualne o klasy integracyjne, w zaludniających się szkołach podstawowych. Zaczyna być ciasno w klasach, a budynki szkół, przedszkoli i żłobków wymagają remontu. Gdzieś się zapodziały w samorządach pieniądze na nauczycieli wspomagających w klasach integracyjnych. W ramach reformy Handkego, pod płaszczykiem omnibusów, za grosze, odjechały oświatowe i komunalne zasoby lokalowe w prywatny biznes... . Pani redaktor powie za czasów słusznie minionych ?.. ! Odpowiem. Słusznie przemijających teorii bez pokrycia w faktach!

 

 

 

BARDZO MNIE CIESZY NOWY PORTAL W STYLU POZYTYWIZMU XXI WIEKU. MARZENIA Z RZECZYWISTYM DZIAŁANIEM - " WIRTUALNY NOWY PRZEMYSŁ" A "NOWY PRZEMYSŁ".

Gdańsk zabiera statki Hamburgowi

 

 

Niedziela, 2 lipca (06:00)

 

  •  

 

Polskie porty przejmują część towarów odprawianych dotychczas nad Morzem Północnym. To sukces przy ostrej konkurencji. Ale rysują się też pewne ograniczenia związane m.in. z tworzeniem aliansów armatorów.

 

 

 

Polska skutecznie konkuruje z Niemcami w morskim handlu/ zdj. ilustracyjne /©Glowimages

 

Wszystko wskazuje na to, że wolumen światowej wymiany towarowej w 2016 r. prawdopodobnie zmalał - mimo 2-procentowego wzrostu jego wartości (podobnie było w roku poprzednim). A że ok. 90 proc. towarów przemieszcza się morzami i oceanami, to już dwa lata temu załamał się rynek transportu morskiego niemal wszystkich grup towarów (z wyjątkiem ropy naftowej).

 

W przewozach drobnicy w kontenerach w ub. r. straty poniosło trzech z pięciu największych armatorów i co czwarty z listy TOP 20. Na bessę wskazywali też właściciele masowców, wożących towary suche, a nawet gazowców. Firmy morskie są w efekcie zadłużone już na 400 mld dol.!

 

Czytaj więcej

 

 

Wydaje się, że w obowiązującej od 1 stycznia br. ustawie o aktywizacji przemysłu okrętowego i przemysłów komplementarnych wyciągnięto wnioski z lekcji po kilkukrotnych prób sanacji tej branży. Czy tym razem się uda? więcej »

 

Morze do podziału

 

Prócz słabej koniunktury, powodami kłopotów są też nadmierna podaż mocy przewozowej statków i 7-10-procentowy spadek zysku armatorów przed opodatkowaniem - ocenia agencja ratingowa Moody's Investors Service. Dlatego na przełomie 2016/17 wskazała negatywną perspektywę dla światowej żeglugi morskiej.

 

Tymczasem, jak szacowała w połowie lutego brytyjska firma Alphaliner, tylko światowa flota kontenerowców zwiększy w 2017 r. zdolność przewozu o 1,44 mln TEU, bo stocznie dostarczą zamówione wcześniej superstatki: ULCS (zabierające po 14-18 tys. TEU, czyli kontenerów dwudziestostopowych) i megastatki - VLCS (powyżej 18 tys. TEU). Ich łączna pojemność będzie zatem dwa razy większa niż kontenerowców przeznaczonych na złomowanie (zapewne nieco ponad 720 tys. TEU).

 

Ta potężna podaż mocy przewozowych zderzy się z niskim wzrostem popytu na transport morski, szacowanym w tym roku na 1,5 proc. Pogłębi zatem, występującą od początku dekady, nierównowagę na rynku w granicach 4-9 proc. rocznie.

 

Bezpośrednią konsekwencją są niskie stawki za przewozy frachtu, które dna sięgnęły w I kwartale 2016 r. Pośrednim skutkiem jest wspomniana zła sytuacja finansowa armatorów. Jej mocnym przejawem było sierpniowe bankructwo szóstej pod względem wielkości floty, południowokoreańskiej spółki żeglugowej Hanjin Shipping.

 

Innym następstwem nierównowagi na rynku żeglugi stały się fuzje i przejęcia, które nasiliły się w latach 2015-16, zmieniając układ sił armatorów. Kolejnym - zawarcie trzech sojuszy armatorskich na rynku kontenerowym, w nowej konfiguracji. Pierwsze cztery takie alianse pojawiły się 4 lata temu i zakończyły żywoty w tym roku; nowe (2M, The Aliance i The Ocean) zaczęły działać od 1 kwietnia.

 

Są większe - i pod względem zdolności przewozowych, i oferty, co postrzegane jest jako ostatnia próba obniżki kosztów. W gruncie rzeczy skupiają elitę: wszystkie linie żeglugi kontenerowej z TOP 10, a ponadto K-Line (14. na liście pod względem wielkości floty); to w sumie 71 proc. globalnej mocy przewozowej. Dla pozostałych blisko 200 spółek pozostaje mały kawałek rynku.

 

Taki podział morza odczują różni jego uczestnicy - właściciele ładunków i spedytorzy mogą spodziewać się wzrostu stawek przewozu frachtu morskiego. Konsolidacja armatorów oznacza też, że wśród portów będą zwycięzcy i przegrani. I terminale poniosą dodatkowe koszty - np. wymiany suwnic, zdolnych do obsługi megastatków (tylko takie będą używane na głównych liniach oceanicznych), budowy większych placów składowania i utrzymywania zdolności operacyjnych do obsługi większego ruchu.

 

W 2016 r. w portach z terminalami kontenerowymi przeładowano 555,6 mln TEU - tylko o 1,8 proc. więcej niż rok wcześniej (w 2015 r. - o 1,4 proc. więcej). W przeszłości wolumen ich przeładunków był zwykle dwu-, trzykrotnie większy niż wolumen wymiany handlowej.

 

Spośród 100 największych portów, dwucyfrowy wzrost odnotowało 12, głównie w Azji, ale nie w Chinach, a w Europie - Barcelona (14,5 proc.) i Gdańsk (23 proc.). Równie wiele znalazło się na drugim biegunie - z dużymi spadkami przeładunków.

 

Według brytyjskiej firmy analitycznej Clarksons, zysk netto morskich terminali kontenerowych zmalał w 2016 r. o 11,2 proc. rdr i sięgnął 44,8 mln funtów (54,7 mln dol.), pomimo wzrostu przychodów o 1,4 proc. - do 301,6 mln funtów.

 

Nad Bałtykiem z portami morskimi działo się różnie. Wzrosty notowały rosyjskie, odżywające po dwuletniej zapaści wywołanej embargiem krajów zachodnich. Ale porty Estonii, Łotwy i Litwy nadal odczuwają i skutki embarga (jako porty tranzytowe), i polityki rosyjskiej (przekierowywania wolumenu ładunków do własnych terminali). Na przykład obroty Tallina zmalały w ciągu 10 lat aż o 21 proc.!

 

A nasze cztery główne porty? Poradziły sobie dobrze, bijąc własne rekordy przeładunków. Utarte powiedzenie, że porty stanowią ekonomiczny barometr gospodarek państw, w których działają, potwierdziło się i tym razem. Przecież polska gospodarka - dużo większa niż choćby trzech krajów nadbałtyckich razem wziętych - notuje nieprzerwany wzrost PKB i eksportu.

 

Ale mogłoby być lepiej. 79 proc. naszego eksportu lokowane jest w krajach UE i gros towarów trafia tam drogą lądową. No i z kilku powodów pozostała część towarów odprawiana jest nadal w dużych partiach także w portach Morza Północnego; ze stratą dla gestorów ładunków i spedytorów, ale i bez pożytku dla polskich portów i budżetu państwa.

 

Straty i korzyści

 

W kalkulacjach kosztów logistyki istotne są m.in. taryfy przeładunków towarów w portach, kupowane hurtowo przez armatorów w terminalach; na takiej podstawie ustala się "taryfę ostateczną" dla spedytora ładunku.

 

Dla przykładu: japoński armator MOL w europejskich portach nalicza w tym roku opłaty portowe od 95 euro/TEU (Konstanca, Rumunia) do 1076 euro (porty norweskie). Porty polskie mieszczą się w dolnej stawce owych opłat: MOL żąda 115 euro/TEU. W portach niemieckich są one z kolei ponad dwa razy wyższe: 240 euro. To pierwsza potencjalna oszczędność w kosztach logistyki dla gestora towaru, który zawrze umowę miejsca odbioru lub nadania ładunku.

 

Inne wynikają z różnicy odległości. Z Gdańska jest od 200 do ponad 400 km bliżej do głównych terminali lądowych w kraju niż z Hamburga (nie wspominając już Rotterdamu). Zakładając, że koszt przewozu 1 TEU samochodem wynosi orientacyjnie 1 euro/1km (koleją - nieco taniej), to tylko z różnicy odległości da się uzyskać istotne oszczędności. Zlecając spedytorowi odprawę towaru w kontenerze w Gdańsku, odbiorca w Gliwicach zyskuje ok. 210 euro/TEU, a w Rzeszowie - 300 euro/TEU!

 

Te korzyści dostrzega od około dwóch lat wielu spedytorów. Szczególnie że nowe ciągi autostrad i dróg szybkiego ruchu skróciły czas transportu, a warunki odpraw towarów stały się porównywalne z tymi w portach zachodnich - po przyjęciu przez rząd pakietu uproszczeń proceduralnych (m.in. wspólne odprawy przez wszystkie służby graniczne, prostsze rozliczanie VAT).

 

Dlatego w sprawozdaniach za lata 2015 i 2016 zarząd portu Hamburg wskazywał, że stracił znaczny wolumen przeładunków drobnicy w kontenerach na rzecz Goeteborga (10,6 proc. w ub. r.) i Gdańska (9,7 proc.). W gdańskim przypadku w tym okresie spedytorzy przesunęli z Hamburga ok. 180 tys. TEU drobnicy.

 

Korzysta na tym budżet polskiego państwa. Oprócz przychodów z odpraw granicznych, akcyzy i podatku VAT, zyskuje także 20 proc. z tytuł ceł (tyle pozostaje w kraju, który jako pierwszy na zewnętrznej granicy dokonuje odprawy celnej). W gdańskim porcie w latach 2013-16 te przychody budżetowe zwiększyły się z 4,6 mld zł do 9,6 mld, w tym z ceł - z 443 mln do 863 mln zł.

 

W różnym tempie

 

Prócz spedytorów o wyborze portu docelowego decydują też armatorzy. Kierują się różnymi kryteriami, w tym również głębokością toru wodnego i basenów w porcie lub oceną, czy zimą te akweny nie pokrywa lita warstwa lodu, jak choćby w Zatoce Botnickiej.

 

Takie analizy wypadły bardzo pomyślnie dla terminala DCT w Gdańsku, który od stycznia 2010 r. wybrał duński armator nr 1 na świecie - Maersk Line i wpiął w cotygodniowe połączenie z portami Dalekiego Wschodu.

 

Od maja 2011 r. DCT w pełni wykorzystuje zalety terminala głębokowodnego, jedynego na Bałtyku. Zaczęły tu zawijać kontenerowce klasy ULCS (zanurzenie ponad 15 m), ówcześnie największe statki na świecie. Obecnie dwa razy w tygodniu zawijają statki 9 armatorów, w tym o pojemności ponad 18 tys. TEU, w stałym połączeniu Chiny-Polska oraz Korea-Chiny-Polska.

 

Te okoliczności sprawiły, że DCT stał się hubem regionalnym: odprawia ładunki bezpośrednio, nie korzystając z pośrednictwa innych, a do niego zawijają po ładunki w tranzycie mniejsze statki (połączenia feederowe).

 

Dzięki DCT zmieniła się istotnie struktura przeładunków całego portu Gdańsk. Drobnica stała się najważniejszym odprawianym towarem, wyprzedzając - też rosnące zresztą - przeładunki paliw płynnych i masowych. To dobre proporcje, w praktyce dające gwarancję, że port może się łatwiej dostosować do koniunktury i bessy w jednym z segmentów.

 

Łącznie zapewniło to dynamiczny przyrost obrotów. Startując w minionej dekadzie z drugiej pozycji w Polsce, Gdańsk stał się nr. 1, podwajając przeładunki i z każdym rokiem zwiększając dystans do pozostałych trzech portów.

 

One bowiem w ciągu ośmiu lat powiększyły przeładunki o 25 proc. (Szczecin-Świnoujście) i 26,5 proc. (Gdynia). W umiarkowanym tempie, bo mają ograniczenia naturalne i techniczne oraz długo nie były w stanie zmienić struktury przeładunków. Od 2004 r., kiedy dynamicznie zaczął rosnąć polski eksport, dominują w nim przecież zupełnie inne grupy towarów.

 

W przypadku Szczecina-Świnoujścia wyraźnie na znaczeniu straciły obroty węglem i rudą żelaza. Na korzyść Świnoujścia działa natomiast otwarcie terminala LNG, ze stałym wolumenem przeładunków, oraz unowocześnienie terminali promowych.

 

Wielkim ograniczeniem portu Szczecin pozostaje relatywnie płytki tor wodny, który zostanie pogłębiony do 12,5 m (inwestycja Urzędu Morskiego w Szczecinie), ale dopiero w roku 2022 (w Świnoujściu - do 14,5 m).

 

Dopiero to przedsięwzięcie, wraz z dokończeniem planowanych inwestycji infrastrukturalnych na lądzie, może dać silny bodziec do dalszego powiększenia przeładunków w portach zachodniopomorskich. A jeżeli "udrożniona" zostanie Odra - sukces będzie jeszcze większy.

 

Także port Gdynia został w dołkach startowych - z powodu szybkiej zmiany w technice przewozów. Baseny i obrotnica (akwen do obrócenia statku o 180 stopni) jego dwóch terminali kontenerowych są przystosowane do obsługi statków klasy panamax, lecz nie ULCS i VLCS. Nadal zatem przyjmują tylko kontenerowce - feedery i wypatrują zakończenia inwestycji pogłębiających, aby i one mogły się włączyć w pętle połączeń oceanicznych. Ma to nastąpić w końcu dekady.

 

Horyzont ambicji

 

Morzami przewozi się już niemal 10 mld ton towarów. Na porty europejskie przypada tylko czwarta część tej puli, a na polskie - 80 mln. Widać potencjał rozwoju. Chodzi też o "wyszarpanie" większego udziału przeładunków polskich towarów w naszych portach, a także wzmocnienie ich roli jako miejsca tranzytu do krajów sąsiednich.

 

Dlatego w planach do 2027 r. nasze główne porty zakładają potrojenie przeładunków w porównaniu z 2015 r. (Gdańsk) lub podwojenie (pozostałe). Czy te plany się ziszczą, zależy od wielu czynników, z preferencjami spedytorów i wyborem usług portowych przez armatorów włącznie.

 

To fakt, że duzi klienci typu Samsung czy LG przesunęli z Hamburga do Gdańska od 2/3 do 3/4 towarów. Całkowicie jednak ich nie przerzucą, gdyż dywersyfikacja jest elementem bezpieczeństwa dostaw towarów. Także z tego powodu, że do Gdańska kontenerowce z Dalekiego Wschodu zawijają dwa razy na tydzień, a do Hamburga codziennie.

 

Zaletą portów Hamburg, Bremerhaven czy Rotterdam pozostaje m.in. to, że oferują bardzo szeroką paletę usług logistycznych, także różnorodne połączenia transportowe. Gdańsk - poza Dalekim Wschodem - nie ma nadal bezpośrednich połączeń z większością portów świata, w tym w Ameryce Północnej i Południowej czy Afryce.

 

Gdańsk i Gdynia będą zatem obsługiwać część towarów polskiego handlu zagranicznego w transhipmencie, czyli poprzez przeładunek w zachodnich portach. A jeżeli komuś zależy na szybkim transporcie, to tam prześle bezpośrednio towary, co skróci drogę przesyłki nawet o tydzień. Trzeba zatem poczekać także na decyzje armatorów i ich sojuszy.

 

Piotr Stefaniak

 

Więcej informacji w portalu "Wirtualny Nowy Przemysł"

 



Czytaj więcej na http://biznes.interia.pl/wiadomosci/news/gdansk-zabiera-statki-hamburgowi,2525260,4199?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Więcej takich artykułów.Dziękujemy Panie Piotrze.

 

 

 

" BANKOWY NIERZĄD NAD NIERZĄDAMI D(Y)MOKRACJI)" POKONANY WIRTUALNĄ TECHNIKĄ. CO DZISIAJ MAMY NA WIDELCU I NA ŁYŻCE LUDOŻERCÓW?

Niemiecki bank zgodził się zapłacić 7,2 mld dolarów kary Stanom Zjednoczonym. Departament Sprawiedliwości oskarża bank o przyczynienie się do kryzysu z 2008 roku poprzez sprzedawanie toksycznych hipotecznych papierów wartościowych.

 

 

 

Wartość ugody jest niemal dwa razy mniejsza od wrześniowych żądań Departamentu Sprawiedliwości.

 

W ramach umowy Deutsche Bank ma zapłacić karę pieniężną w wysokości 3,1 mld dol. oraz zapewnić 4,1 mld dol. w postaci ulg dla konsumentów, takich jak umorzenia zobowiązań.

 

Jak podaje Reuters, bank zaznaczył, że nie ma pewności, czy obie strony zgodzą się na ostateczne porozumienie. Departament Sprawiedliwości wstrzymuje się od komentowania sytuacji.

 

Rozwiązanie tej sprawy to jednak nie koniec problemów Deutsche Banku. Cały czas trwają jeszcze 3 inne dochodzenia w jego sprawie. Bank oskarżany jest o manipulacje kursami walutowymi, podejrzane transakcje akcyjne z Rosją i łamanie sankcji USA wobec Iranu i innych krajów.

 

Od 2012 r. Deutsche Bank wyłożył już ponad 12 mld euro na sprawy sądowe, włączając w to ugodę z amerykańskim gigantem hipotecznym Fannie Mae and Freddie Mac.

 

Kiedy we wrześniu bank potwierdził, że Departament Sprawiedliwości USA żąda od niego 14 mld dol, jego akcje spadły do rekordowo niskiego poziomu. Inwestorzy obawiali się, że kary są zbyt duże do udżwignięcia przez bank.

 

Deutsche nie jest pierwszym bankiem, który ogłasza kwotę ugody, zanim jeszcze obie strony zgodziły się na końcowe warunki. Morgan Stanley rok przed oficjalnym ogłoszeniem i finalizacją umowy ujawnił wstępne ustalenia. Deutsche Bank ma nadzieję zamknąć sprawę na początku 2017 r., jeszcze przed objęciem urzędu przez nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

 

Przez ostatnie 3 lata amerykańskie banki zapłaciły 46 mld dol. kar w związku z przyczynieniem się do załamania rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych.

 

 

 

MEMORIAŁ ROSYJSKI OPRACOWAŁ I PRZESŁAŁ LISTY ROZSTRZELANYCH

Внимание! Из-за перегрузки сайт работает нестабильно. Приносим извинения. Над исправлением ситуации работаем.

 

НКВД:Именной указатель:А

 

 

Ав

 

 

 

 

 

 

 

Ав

 

Навигация

 

 

 

 

Początek formularza

 

Dół formularza

 

 

Персоналии

 

 

Приказы и постановления

 

 

Приложения

 

 

Инструменты

 

 

  • Последнее изменение этой страницы: 14:26, 3 февраля 2016.

 

НКВД:Именной указатель:Ав

 

А

Аг

 

 

 

 

 

 

А

Аг

 

Навигация

 

 

 

 

Początek formularza

 

Dół formularza

 

 

Персоналии

 

 

Приказы и постановления

 

 

Приложения

 

 

Инструменты

 

 

  • Последнее изменение этой страницы: 14:26, 3 февраля 2016.

 

3) Внимание! Из-за перегрузки сайт работает нестабильно. Приносим извинения. Над исправлением ситуации работаем.

НКВД:Имен